Zwiedzanie Lizbony zaczęliśmy z przytupem na Praça do Comércio – czyli miejscu, gdzie człowiek robi pierwsze „wow”, a potem kolejne 50.
Przeszliśmy pod wielką bramą (czuliśmy się trochę jak bohaterowie filmu ) i hop – wpadliśmy w klimatyczną starówkę.
Przeszliśmy pod wielką bramą (czuliśmy się trochę jak bohaterowie filmu ) i hop – wpadliśmy w klimatyczną starówkę.
Po drodze:
– kultowe żółte tramwaje – oczywiście zdjęcie musiało być (a nawet 20…)
– lody – dla energii, wiadomo (czysto naukowo)
– malownicze uliczki – takie, że nogi bolą, ale serce się cieszy.
– malownicze uliczki – takie, że nogi bolą, ale serce się cieszy.
Zaliczyliśmy też słynną windę od ucznia Eiffla (czyli trochę jak mini wieża Eiffla, tylko w wersji „w górę i w dół” ) oraz dzielnicę Belém – gdzie powstają legendarne Pastéis de Nata… i tak, zostały przetestowane. Kilka razy. Dla pewności.
Podsumowanie dnia: dużo chodzenia, jeszcze więcej zachwytów i zdecydowanie za mało miejsca w brzuchu na wszystkie portugalskie pyszności.







